Ararat. Góry? To tylko biznes.

Wejście na Ararat może być wspaniałym doświadczeniem. Ale może też zakończyć się u stóp góry, w biurze agencji, która imprezę organizowała.

Ararat - gdzieś w chmurach
Ararat – gdzieś w chmurach

System

System zaprojektowano precyzyjnie. To nie Polska, Francja czy Szwajcaria. Tutaj by wejść na wysoką górę potrzeba pozwolenia. Tak twierdzi wojsko. Ararat to ziemie zamieszkałe przez Kurdów, czyli niepewne. A do tego przygraniczne, po sąsiedzku z Armenią i Iranem. Nie wiem kogo tu nie lubią bardziej – Kurdów, czy Ormian. Chyba Kurdów – oni są. Ormian już nie ma. W każdym razie po tej stronie granicy.

Za to wojska tu nie brakuje i z wojskiem nie warto dyskutować. Potrzeba też przewodnika. Licencjonowanego. Tak twierdzą ci, którzy chwalą się posiadaniem licencji. Jeśli w licencje wątpię to chwalą się również znajomościami w wojsku.

Jedno i drugie (czyli pozwolenie i przewodnik) jest płatne. Pozwolenie spróbowałem załatwić drogą oficjalną – przez ambasadę i ministerstwo. Przez dwa miesiące nie udało mi się połączyć z nikim, kto byłby w stanie taką sprawę poprowadzić, zresztą na ogół nie dało się połączyć z nikim zupełnie, a jak już z kimś rozmawiam to sprawę pozwolenia (tego, czy w ogóle istnieje) obiecuje sprawdzić i dać znać. Zwykle drugi raz z tą osobą porozmawiać się nie udaje. Na korespondencję odpowiedzi też nie było. Bez możliwości sprawdzenia jak faktycznie wyglądają przepisy, pozostało skorzystać z usług biura, które wejścia na Ararat organizuje.

Jak wejść na Ararat

Najniższa cena dla jednej osoby (3 dni) – 600 Euro. Można podzielić na grupę. Czy do grupy można dołączyć?
– No nie wiem, czy będzie ktoś szedł.
– Ja nie mam wtedy żadnej innej grupy, a grup z różnych biur nie można łączyć
– Jest inna grupa ale prowadzi ją mój kuzyn, a on nie weźmie nikogo.

W końcu ustaliłem – jest grupa. Terminie się zgadza. Przewodnikiem jest bliski kuzyn – taki, który zgodzi się, żeby dołączył. 120 Euro.

Ustalenia mailowe i telefoniczne obowiązują do momentu przyjazdu na miejsce. Potem warunki są renegocjowane. Wejście wygląda inaczej, ale nie mam się czego obawiać – za jedyne 250 Euro wejdę sam. Przewodnika nie będzie, ale z wojskowymi na checkpoincie się ustali, że mogę bez. A dla pewności powiedzą mi jak unikać patroli. W razie spotkania patrolu powołam się na kogo trzeba.

Brak przewodnika mi aż tak nie przeszkadzał – dostępne relacje na temat ich profesjonalizmu sugerują, że bezpieczniej może być bez. Mapę i GPS-a warto tu mieć swoje – miałem (nie proponowano mi na samotne wejście takich udogodnień). Nie miałem za to kuchenki – ale bylem umówiony na wypożyczenie.
– Wypożyczyć?
– Ustaliliśmy w mailu (tu pokazuje wydruk).
– No tak, ale kuzyn zabrał i nie oddał. Ale słuchaj – tuż obok jest sklep, w którym bez problemu kupisz kuchenkę.

Faktycznie – kuchenka była. Tani model. Za jedne 150 Euro mogłem stać się szczęśliwym właścicielem. W Polsce taką można kupić za 70zł. Przeliczyłem pieniądze. Teoretycznie, gdyby trochę utargować, a przez resztę wyjazdu żyć skromnie… jeśli naruszyłbym wszystkie rezerwy, jeśli nie pojawiły by się jakieś dodatkowe koszty (na przykład łapówka na checkpoincie w górach?) – dałoby się zrobić. Szansa negocjacji była.

Pogoda

Żeby upewnić się co do warunków zacząłem od pytania o prognozę pogody. „Bardzo dobra”.

Popatrzyłem na faceta niepoważnie. Góry od przyjazdu nie widziałem – była spowita chmurami. Chwilę wcześniej z ulicy było widać, że nad Iranem (kawałek na wschód) szaleje burza. Przesuwała się w kierunku Araratu. To jest „bardzo dobra” pogoda?! Ok, ale chcę zobaczyć w internecie. Siedzimy w kawiarence internetowej, a do komputera jakoś mnie nie chcą puścić.

– Nie warto, to jest góra, pogoda na górze jest inna niż tutaj, z internetu nic się nie dowiesz.
– Dowiem się przynajmniej ogólnie.
– To jest nic nie warte – powinieneś niedługo iść.

Wyszedłem na zewnątrz. Chmury ze wschodu jakby się zbliżyły, ale Araratu z tego miejsca nie było widać. Kilka ulic dalej, przez przerwę między budynkami dało się zobaczyć górę, teraz otoczoną chmurami burzowymi. Do biura wracaliśmy zrezygnowani. Ja żałując straconej szansy na wejście i ze świadomością, że sprzęt i ubrania będę nosił na plecach przez najbliższe dwa tygodnie. On bez łatwego zysku. Rozchmurzył się na widok pary europejczyków – podbiegł, zaczął proponować wycieczkę na Ararat, dobrą restaurację, wyjazd do Pałacu Iszak Paszy. Ja zwróciłem uwagę na napis na plecaku – „Włóczykij”.

Z propozycji wycieczki do pałacu skorzystaliśmy.

Z organizacją wejścia na Ararat jest jak z tymi dziećmi, które spotyka się wjeżdżając do Doğubeyazıt i które towarzyszyły mi w bocznych uliczkach. Bieda (a jest to miejsce bardzo biedne nawet jak na standardy regionu) każe szukać źródeł dochodu, a turyści przyjeżdżający z zachodu uczą, że można ich wydoić. Doświadczenie pokazuje, że żadne normy i zasady nie obowiązują.

4 godziny później
4 godziny później

Informacje praktyczne

Wejście na Ararat najlepiej załatwiać w kilkuosobowej grupie. Ustalenia dotyczące ceny i tego co dokładnie cena pokrywa powinny być jak najbardziej precyzyjne, ale mimo to należy się nastawić na koszty dodatkowe.

Rozmowy z organizatorami takich wejść nie pozwalają ufać w ich profesjonalizm, choć zdarzają się również relacje podkreślające najwyższą jakość usług. Jeśli to możliwe – najlepiej korzystać z firm, które zostały już przez kogoś polecone (warto przejrzeć anglojęzyczne fora podróżnicze).

Wejścia na Ararat oferowane są w różnym standardzie – włącznie z transportem zaopatrzenia i wypożyczeniem namiotów, śpiworów i całego sprzętu. Warto przeczytać więcej relacji i upewnić się czy gotowi jesteśmy podjąć ryzyko wyjścia z organizatorem, którego sprzęt nie będzie najwyższej jakości – takich relacji jest sporo, a moje doświadczenie pokazuje, że w agencji turystycznej organizującej wyjścia nawet kuchenka to coś na co nie można liczyć. Sprzęt dostępny w sklepach na miejscu jest jakości przeciętnej i zdecydowanie za drogi.

Wejście na Ararat najlepiej planować w szczycie sezonu czyli latem, zostawiając sobie kilka dni swobody na wypadek konieczności przesunięcia wycieczki lub na wypadek zmiany organizatora już na miejscu.

Pozytywnie na koniec – walcząc z trudnościami biurokratyczno-biznesowymi nie można zapominać o tym, że wielu ludzi weszło na Ararat i wróciło z ogromną satysfakcją.

Relacja została napisana w 2012 r. Próbując ją zaktualizować natrafiłem na relacje identyczne z tymi, które pamiętałem sprzed wyjazdu.

W zależności od sytuacji politycznej na terenach kurdyjskich dostęp do Araratu może być ograniczony.