Monako – jak zakochać się w mieście

400 kilometrów jazdy, ale warto było. Monako potrafi być piękne. Krótki tekst o księstwie na lazurowym wybrzeżu i o włoskich autostradach.

Jesienna pogoda we Włoszech potrafi być paskudna, szczególnie na północy. Z deszczowego i chłodnego Como ruszyliśmy na południe – w poszukiwaniu słońca. Na wysokości Mediolanu lało, Pavię zwiedziliśmy jeszcze suchą, ale wygoniła nas ulewa. Autostrada A7 nie niczym nie zasłużyła na swoje podniosłe imię – to zwykła droga, zmieniona w jednokierunkową. W każdym razie tak wygląda kierunek południowy – jedna nitka autostrady biegła serpentynami przez góry, a przeciwna, nowo zbudowana – tunelami. Górzysty odcinek w jedną stronę ma o kilka kilometrów więcej – jedziemy tym dłuższym. Na północ można jechać 130km/h, na południe zdarzają się ograniczenia do 50. Do Genui dojechałem wkurzony na pogodę i drogę.

Stolica Ligurii nie zachwyciła niczym – ciemne miasto, tu i ówdzie widać jakieś zakłady przemysłowe. Pogoda – bez zmian; na zmianę padała i mży. Autostrada na południe się kończy – przed nami morze więc trzeba podjąć decyzję – w prawo albo w lewo. W lewo Toskania z Pizą i Florencją, w prawo gdzieś tam daleko Francja. Przekonała nas granica – za granicą zawsze jest jakoś inaczej.

W tym wypadku granica to góra. Jedziemy przez tunel i faktycznie – wszystko się zmienia. Mgła i deszcz zostały we Włoszech. Jest sucho i ciepło. Przy drugim lub trzecim zjeździe tablica „Monako” – zjeżdżamy. Droga wije się serpentynami w dół zbocza – zakręt w prawo, zakręt w lewo… zakręt w prawo. Stajemy. Niemiec powiedział by „Wunderbar”, 400 kilometrów jazdy, ale było warto. Jest pięknie. Wychodzimy, pierwszy raz od lądowania w Mediolanie nie trzeba ubierać kurtek. Dojechaliśmy do Monako.